Kosmetyki z reguły pachną, mają przyjemną konsystencję, myją, pielęgnują i upiększają. Ich historia jest tak długa jak historia ludzkości, a ta zazwyczaj ma dwie twarze: jedną czystą, drugą zaś paskudnie brudną…

Nim oficjalnie rozpoczęliśmy naszą działalność, próbowaliśmy swoich sił w mydlarstwie. Przez kilka dobrych miesięcy naszą uwagę skradały własnoręcznie wytwarzane mydła, które z każdym kolejnym miesiącem zabierały coraz więcej miejsca i swoimi zapachami, wypełniały kolejne pomieszczenia. Nasze pierwotne wyroby tworzyliśmy między innymi na bazie oleju śliwowego i ekologicznego koziego mleka. Przy tej drobnej, domowej produkcji nie użyliśmy ani jednego kontrowersyjnego składnika, które zostało pozyskane z jakąkolwiek szkodą dla zwierzęcia lub człowieka. Powiecie, że to przecież oczywiste. Teraz – owszem. Jednak na kartach historii zapisała się dość mroczna kosmetyczna przeszłość, a mianowicie kilkadziesiąt lat temu, na północy naszego kraju, tworzono mydło z ludzkiego tłuszczu.

Przez długie lata historia ta posiadała dwie odnogi: jedną tworzyli jej zwolennicy, uznający ją za fakt i prawdę, a do drugich należeli przeciwnicy, zarzucając jej absolutne kłamstwo. W 1946 roku Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze, zaczął badać sprawę pseudomedycznych eksperymentów, opierając się na zeznaniach laboranta podległemu Spannerowi, który to rzekomo miał zajmować się tworzeniem mydeł z ludzi. Zygmunt Mazur oświadczył, że do masy tłuszczowej powstałej z wygotowywanych ludzkich zwłok, dodawano preparat chemiczny Bilzo, który miał uzdatniać tłuszcz do mycia i prania. Niestety, ze względu na ówczesny poziom biochemicznej wiedzy, niczego profesorowi nie udowodniono. Po latach, w 2006 roku Instytut Pamięci Narodowej powrócił do sprawy, ostatecznie stwierdzając, iż pomiędzy 1944 a 1945 rokiem w laboratorium Instytutu Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku, profesor Spanner produkował mydło z ludzkich zwłok do celów użytkowych. Jednocześnie zaznaczono, że na terenie Instytutu nie dokonywano ludobójstwa, a wykorzystywane zwłoki były sprowadzane z zewnątrz.

To straszne wydarzenie ma jednak pewny pozytywny wydźwięk oraz jest przykładem, że ludzkość potrafi wyciągać z historii wnioski i starać się unikać podobnych błędów w przyszłości. W Ustawie o kosmetykach pochodzącej z 30 marca 2001 roku widnieje zapis zakazujący stosowania w preparatach kosmetycznych komórek, tkanek oraz innych substancji lub ekstraktów pochodzących z ciała ludzkiego. I o ile w doświadczonej przez Holocaust Europie nie uświadczy się preparatów z takimi oto składnikami, o tyle chociażby w Azji takowych zapisów nie ma. Każdy kontynent rządzi się swoimi regulacjami i prawnymi wymogami. To, co w naszym regionie świata jest uznane za kosmetyki, za oceanem może zaliczać się do kategorii leku. I w taki oto sposób antyperspirant jest u nas zwykłym kosmetykiem, natomiast w Stanach Zjednoczonych jest on już lekarstwem, ponieważ jego przeciwpotne działanie polega na modyfikacji ludzkiej fizjologii.

Co kraj, to obyczaj. I prawo. Dlatego warto uświadomić sobie, że zakupione kosmetyki z nieznanego źródła, źle opisane bądź nie opisane w ogóle, mogą mieć w sobie całą tablicę Mendelejewa oraz mnóstwo innych dodatków, od których włos jeży się na głowie.

Producenci krajów członkowskich Unii Europejskiej są zobowiązani do przestrzegania i stosowania ściśle i jasno określonych norm oraz wymogów; ich kosmetyki nim wejdą na rynek, są poddawane przeróżnym badaniom i testom, aby sprawdzić pod każdym kątem ich bezpieczeństwo. Jedni pomyślą, że te procedury są na wyrost. Nic bardziej mylnego. Preparaty, które używamy każdego dnia mają być dla nas bezpieczne i już nigdy więcej nie powinny kosztować nikogo utraty zdrowia czy życia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *